wtorek, 3 lipca 2012

Druga recenzja "Czarnych koronek"

w kwartalniku literackim sZAFa.

Teresa Rudowicz  – ukończyła filologię polską. Pasjonuje się tropieniem literackich śladów w Wielkopolsce, opublikowała na ten temat (pod innym nazwiskiem) kilka książek. Publikowała poezję w sZAFie i  w Migotaniach, Przejaśnieniach. Związana z portalem www.salon literacki.pl.

         Patrzę tak, jakbym wiedziała wszystko – o Czarnych koronkach Bogumiły Jęcek

„Edward Munch – niepowtarzalny artysta i mistrz ekspresjonizmu. Jego twórczość malarską śmiało można określić jako autobiograficzną. Zostawiał siebie w dziennikach i na płótnach, rejestrując w ten sposób swoje przejścia. Po raz drugi tworzył własny świat. Tematem obrazów i zapisków były przede wszystkim wewnętrzne zmagania Edwarda. Z tego, co może zabrać i dać życie, powstała niezwykła galeria”.

Cytowany przeze mnie fragment to początek autorskiego posłowia tomu Czarne koronki (nagroda w XIX Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim „Dać świadectwo” w Krakowie). Debiutująca nim Bogumiła Jęcek tworzy galerię ekfraz zrodzonych z wieloletniej fascynacji życiem i twórczością Muncha. Ale, choć pod każdym wierszem znajduje się tytuł obrazu i rok, w którym powstał, postanowiłam pominąć je zupełnie i czytać Czarne koronki nie osobą Muncha, nie jego dziełem, ale osobą i dziełem autorki. Debiut Bogumiły Jęcek jest dojrzały, a to gwarantuje brak przypadkowości. Co znalazłam w Czarnych koronkach? Pasjonującą opowieść, ułożoną i przemyślaną w najdrobniejszych szczegółach, mądrą i piękną.

Motyw rzeczy ostatecznych, greckie eschata, przewijają się przez cały tom. Życie i śmierć zawsze istnieją wspólnie. Nie ma życia bez śmierci i nie ma śmierci bez życia. Egzystencja wywołuje lęki, często zaskakujące, nieuchwytne, przychodzące nagle i niespodziewanie. Kiełkują, by wrosnąć drzewem, coraz większym, rozrywającym od środka.

Tytułowy utwór nawiązuje do obrazu Siostra Inger, niejednego w twórczości malarza, poświęconego siostrze. Podmiot liryczny w tym wierszu, jak i w pozostałych, wypowiada się w pierwszej osobie. Kim jest? Postacią z obrazu, szesnastolatką, która widziała za dużo? Nie przekonuje mnie wyznanie –  „Mam szesnaście lat”. Jęcek, wykorzystując elementy biografii malarza, sprawnie skrywa się za postaciami na płótnie, ale to jej opowieść, przemycana dyskretnie, szeptem prawie, nienachlana. Podmiot liryczny wiersza to kobieta, która umie czekać. Cierpliwie.

„Opanowanie to cierpliwość. Uczę się sztuki/pozowania. Dla życia jestem piękna, ukoronowało mnie/ czarną opaską – patrzę tak, jakbym wiedziała wszystko." (Czarne koronki)

Utrata, powolne oddawanie śmierci dalszych, bliskich, siebie samą. Nieuchronność to jedyna pewność jaką mamy w życiu. Matka i córka na wieczornym spacerze są – za Krzysztofem Lisowskim – jedynie siostrami w śmierci. I choć jedna ma „gorącą twarz/ i rozgrzane ręce – zachodzi/ w domu. Codziennie.” (Matka i córka)

Świadomość śmierci to chwila, w której – za Heideggerem – bycie ujawnia trwogę. Trwoga z kolei zatrzymuje potok mowy, wywołuje milczenie, w którym ujawnia się prześwit, domniemanie pierwotnych bytów. Wtedy pora na słowo, język poezji, który jako jedyny może zahaczyć o sedno. Bogumiła Jęcek, delikatna, krucha, łagodna, ściszonym głosem mówi o ogólnoludzkich, uniwersalnych prawdach, które odkrywamy „na własną rękę” i tylko tak. „Nikomu nie przekażesz wiedzy/ twój tylko słuch jest i twój dotyk” – poetka zdaje się powtarzać za Herbertem. Obraz, utwór muzyczny, literatura może nam jedynie w tym pomóc. Jęcek patrzy na płótno i notuje – „Wzdłuż drogi drzewa – wyszedł z najbliższego./ Po jednej stronie niepokój na polach – naprzeciw/ zadbane połacie wiejskich trawników.//” Tyle wystarczy, by stwierdzić – „I tak jest we mnie. Niepowstrzymana złość i czysty/ spokój.” (Ofiara) W wierszach Bogumiły Jęcek wszystko wymyka się rozumowemu poznaniu. Balansujemy na cieniutkiej linie pomiędzy TU i TAM. Pomiędzy rzeczywistym a nieodkrytym, tym, co dostępne zmysłom, a tym, co tajemnicze, dostępne jedynie przeczuciu, intuicji, wierze. Patrząc na konkretne miejsca, twarze, rzeczy, poetka koncentruje się raczej na cieniach, jakie kładą przedmioty.
Woli widzieć tylko do pewnego stopnia, wyczulona na nienazwane, niewypowiedziane, ulotne, a bliskie, obecne w codzienności. Na przykład przy zmywaniu – „Że właśnie teraz o tym myślę. Widzę/siebie pod suknią. Jakby ktoś patrzył,/ jakby stał za mną. Jeszcze kilka talerzy/ i odwrócę się po nic; nagle.” (Dziewczyna przy zmywaniu)
Codzienność, zwyczajność, i ta domowa , oswojona, i ta zewnętrzna, pozornie spokojna, bezpieczna – morze, drzewo, ulica, ogród i „cień/ jak zieleń na ścianie domu,// kształt pięknej kobiety. Odejdzie/ za chwilę, a ty zgarniesz liście. (W blasku nocy)
Poezja Bogumiły Jęcek uwodzi spokojem, delikatnością, aksamitną niemal, ale zatrzymana przez wiersze wracam, tropię sensy, odkrywam ich uniwersalizm. Spokój opowieści szybko zmienia się jednak w niepokój, dreszcz, drżenie, wszystko, co najważniejsze w poezji. Bo czego szukamy w wierszach jeśli nie poruszeń? Jęcek po mistrzowsku realizuje myśl Carlosa Fuentesa – „Nie ma większego szaleństwa niż spokojne”. Nie wiem, co bardziej niepokoi, wiersze czy obrazy. Za jakiś czas wrócę do Czarnych koronek. Wtedy przeczytam je obrazami. Spróbuję znaleźć odpowiedź na pytanie, z którym zostawia mnie autorka po lekturze całości – „Pisałam jego, siebie czy nas?”




Bogumiła Jęcek Czarne koronki
Śródmiejski Ośrodek Kultury w Krakowie 2011




2 komentarze:

Natalia Zalesińska pisze...

Świetna recenzja.

Bogumiła Jęcek pisze...

Autorce należą się brawa.