Czesław Miłosz
Rzeki
Pod rozmaitymi imionami was tylko sławiłem, rzeki!
Wy jesteście i miód i miłość i śmierć i taniec.
Od źródła w tajemnych grotach bijącego spośród omszałych kamieni,
Gdzie bogini ze swoich dzbanów nalewa wodę żywą,
Od jasnych zdrojów na murawach, pod którymi szemrzą poniki,
Zaczyna się wasz bieg i mój bieg, i zachwyt i przemijanie.
Na słońce wystawiałem twarz, nagi, sterujący z rzadka zanurzeniem wiosła,
I mknęły dębowe lasy, łąki, sosnowy bór,
Za każdym zakrętem otwierała się przede mną ziemia obietnicy,
Dymy wiosek, senne stada, loty jaskółek-brzegówek, piaskowe obrywy.
Powoli, krok za krokiem, wstępowałem w wasze wody
I nurt mnie podejmował milcząco za kolana,
Aż powierzyłem się, i uniósł mnie, i płynąłem
Przez wielkie odbite niebo triumfalnego południa.
I byłem na waszych brzegach o zaczęciu letniej nocy,
Kiedy wytacza się pełnia i łączą się usta w obrzędzie.
I szum wasz koło przystani, jak wtedy w sobie słyszę
Na przywołanie, objęcie, i na ukojenie.
Z biciem we wszystkie dzwony zatopionych miast odchodzimy.
Zapominanych witają poselstwa dawnych pokoleń.
A pęd wasz nieustający zabiera dalej i dalej.
I ani jest ani było. Tylko trwa wieczna chwila.
Berkeley, 1980
------------------------------------------------------------
Rafał Wojaczek
PROŚBA
Zrób coś, abym rozebrać się mogła jeszcze bardziej
Ostatni listek wstydu już dawno odrzuciłam
I najcieńsze wspomnienie sukienki także zmyłam
I choć kogoś nagiego bardziej ode mnie nagiej
Na pewno mieć nie mogłeś, zrób coś, bym uwierzyła
Zrób coś, abym otworzyć się mogła jeszcze bardziej
Już w ostatni por skóry tak dawno mi wniknąłeś,
Że nie wierzę, iż kiedyś jeszcze nie być tam mogłeś
I choć nie wierzę, by mógł być ktoś bardziej otwarty
Dla Ciebie niż ja jestem, zrób coś, otwórz mnie, rozbierz
------------------------------------------------------------
Krzysztof Kleszcz
Ornitochoria
Z czerwoną kulką w dziobie,
w swym szyderczym kra
dostojny i straszny.
Myślałem - zły przechadza się po łąkach,
naciąga z północy,
ale dziś usłyszałem też jarzębinę,
jak mówiła nieś mnie nieś
------------------------------------------------------------
Wisława Szymborska
Fotografia z 11 września
Skoczyli z płonących pięter w dół
- jeden, dwóch, jeszcze kilku
wyżej, niżej.
Fotografia powstrzymała ich przy życiu,
a teraz przechowuje
nad ziemią ku ziemi.
Każdy to jeszcze całość
z osobistą twarzą
i krwią dobrze ukrytą.
Jest dosyć czasu,
żeby rozwiały się włosy,
a z kieszeni wypadły
klucze, drobne pieniądze.
Są ciągle jeszcze w zasięgu powietrza,
w obrębie miejsc,
które się właśnie otwarły.
Tylko dwie rzeczy mogę dla nich zrobić
- opisać ten lot
i nie dodawać ostatniego zdania.
------------------------------------------------------------
Maciej Woźniak
Proboszczewice
Pętla "szesnastki" sinym, odmrożonym świtem,
z jednej strony łagodny pagórek z cmentarzem,
a z drugiej napis Wiele serc i jedno bicie,
Wisła Płock ponad życie na bielonej ścianie
jakiegoś magazynu. Tę metafizykę
określa skrzyżowanie drogi w stronę Białej,
w którą skręca autobus, i tej ze sklepikiem,
gdzie „żołądkowa” zmienia korpuskuły w fale,
i wprawia w ruch błyszczące śniegiem uniwersum,
dzwonnicę przy kościele i wiatę przystanku,
aż przelotowy czasu lub pośpieszny sensu
zabierze dokądkolwiek. Drobne ślady ptaków,
oba pobocza pełne wydreptanych wersów.
Kohelet? Księga Wyjścia? Wszystko po hebrajsku.
-----------------------------------------------------------
Halina Poświatowska
***
wczoraj pisałam wiersze
tak jak dziś rozdaję pocałunki
moje pocałunki potaniały
wiersze są coraz rzadsze
wiersze piszę już tylko wtedy
kiedy zrani mnie kolor kwiatu
albo kiedy nietoperz
w nocnym przelocie
dotknie mojego policzka
całuję o każdej porze roku
całuję przygodnie spotkanych
studentów lekarzy poetów
oni potem piszą o tym wiersze
tak jak ja rozdaję pocałunki
garściami
bezmyślnie
pospiesznie
------------------------------------------------------------
Natalia Zalesińska
Z zapisków
Za oknem biel na zieleni. Leczy
zranioną ziemię. A topole to i tak złe drzewa
- najlepiej ściąć, wypalić pnie.
Przypominam sobie o zapiskach Zygfryda.
Kobiety zawsze tracą krew.
__________________________________________
Zapiski Zygfryda
Noc spokojna. Szósta noc września 1939r.,
jakby z innej galaktyki. Trzeba było iść dalej
do stolicy, nie kłaść snów pod topolami.
Brzask przed Strychowem wziął nas do niewoli.
Poznałem: ołtarze w Zgierzu i Łodzi, rusztowania
fabryki, ściany więzienia, torowisko Hansdorfu,
wyłomy i skrytki kamieniołomu w Austrii.
Całodniowy głód - chleb raz na sześć dni.
W obozie łażę z kąta w kąt. Modlę się o powrót
do tych, o których myślę.
Koniec września coraz zimniejszy.
------------------------------------------------------------
Piotr Gajda
SCHIZMA
A jeśli Bóg zwierząt jest kierowcą ciężarówki? Setki razy
widziałem na drodze rozjechane ścierwo i zadawałem
pytanie: czemu je opuścił? Jak dog, który aportując,
odbiegł za daleko od pana i już nie wrócił.
------------------------------------------------------------
Rainer Maria Rilke
Pantera
Spojrzenia jej znużyła mijająca krata,
że już nie zatrzymują nic, mdlejące.
Czuje, jak gdyby było sztab tysiące,
a za sztabami już nie było świata.
Jej kroki giętkie jakby się łasiły
kręcąc się ciągle w tym najmniejszym kole,
tworzą jak gdyby taniec siły
wokół środka, co więzi ogłuszoną wolę.
I tylko czasem uniesie się wyżej
zasłona źrenic. - I obraz się wdziera,
idzie przez członków naprężoną ciszę -
i w głębi serca się zaciera.
(przełożył Mieczysław Jastrun)
adolf (nick)
Rainer Maria Rilke "Der Panther" (swobodniejsze tłumaczenie)
Jest to pierwsze moje tłumaczenie, w którym postąpiłem
wbrew sobie, a dokładniej zamiast tak jak zwykle
zachować przynajmniej 70-80% zgodność słów i
metafor, nie tylko dodałem parę swoich słów, ale i
meatfor... czemu? Bo bezpośrednie tłumaczenie moim
zdaniem nie oddaje siły wiersza, zarówno moje
wcześniejsze tłumaczenie, jak i Lewina, mimo< że
zachowuja zgodność z oryginałem niszczą siłe wiersza,
całe emocje się rozpraszają - dlatego chciałem pierwszy
raz zachować bardziej emocje niż słowa. Czy się udało,
oceńcie sami ;)
Pantera (moja ulubiona wersja)
Wędrówka - ciągłe sztab mijanie
i wzrok już na nie obojętny
znużony błądzi. Co jest dalej?
Czy świat trwa tylko, gdzie są pręty?
Ślad po niej: obłąkańcze koło
wciąż zacieśniane w gibkim chodzie
a środkiem w tymże siły pląsie
jest wola, którą otępiono.
Uchyli czasem swej źrenicy
kurtynę aby niemy aplauz
obrazem prężąc członków nici
na koniec w sercu się załamał.
Pantera (wcześniejsza wersja adolfa)
Na korowodzie prętów, które mija
Jej wzrok znużony aż nie może ustać
Jakby tysiące prętów ziemię trzyma
i nie ma światła oprócz prętów mnóstwa.
Okrąża teren. Chociaż mocno stąpa
Kręgi sie stają z każdą chwilą mniejsze.
To jakby taniec siły wokół środka
W którym jej wola otępiona drzemie
Czasem podniesie kurtynę źrenicy
aby bezgłośnie wlewać obraz w głębię
I w każdym członku napiąć odgłos ciszy
który umiera gdy napotka serce.
Pantera, tłum. Leopolda Lewina z 1907
Tak ją znużyły mijające pręty,
że jej spojrzenie całkiem się zamąca.
Jakby miał tysiąc prętów świat zaklęty
i nie ma świata prócz prętów tysiąca.
Jej miękki chód na opór nie napotka,
wędrując wewnątrz najmniejszego pola -
to jakby taniec siły wokół środka,
w którym zdrętwiała trwa ogromna wola.
Niekiedy źrenic unosi zasłonę
cicho. - I obcy obraz się przedziera.
Idzie przez ciała milczenie stężone -
i w głębi serca bezgłośnie umiera.
------------------------------------------------------------
Teresa Radziewicz
MARIANNA
|
Kwiecień
Nie zatrzymujcie mnie, matko, rzepak rozkwitł. Słońce
rozłożyło się na polu i woła: Marianko, przyjdź, wejdź
w światło. Bo światło, matulu, musi mnie prześwietlić,
wtedy rozpływam się płycizną na rzece - rozlana szeroko,
wypełniona. Kiełkuje we mnie wszystko, kwitnie. Nie mów
matko, że wąż w rzepaku czyha, lęku nie kładź za pazuchę.
Nie założę butów, boso wejdę w maślany czarnoziem, na ciało
zbiorę miododajny pyłek. Dotknąć pozwolę, poczekam
aż nasienie wyda owoc.
---------------------------------------------------------------------
Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki
XVI.
musisz się z tym pogodzić musisz i to
udźwignąć że się pomału wynosimy
przeczytaj chociażby nekrolog Rafała
Beszczyńskiego ("Teraz z aniołami
kajtować przez bezkresne niebo
będziesz") musisz się z tym
uporać że się nie daje stąd niczego
zabrać zwłaszcza książek
nie oddalaj się ode mnie napisz koniecznie
i bezzwłocznie długi list po powrocie
do ukochanych Wielkich Oczu wybacz mój drogi
lecz współczesna poezja polska to nekrologi
---------------------------------------------------
Julia Szychowiak
Świtania
Niezręczność jak źle zapięta koszula wystaje
dłuższym końcem. Nieokreślone niech
będą moje wizje świtu. Przejaśnia się, dostrzegam
widzialne, studząc w dłoniach gorącą żarówkę.
Ze snu wymyka się trochę powietrza i kory, zdartej
z podkurczonych drzew. Tworzę zmierzch.
Nigdy nie myślałam, że się urodzę.
Nie wiem, w którym domu umrę, ani który
pokój umrze we mnie jako pierwszy.
Przejaśnia się, a ty znowu pełna oziminy,
widzisz w rzece cień.
-------------------------------------------------------------------------------
Mieczysław Michał Szargan
Kantyczka młyńska
Młyn rzekę unosi na koło
A w rzece jest niebo i ryby
Więc z koła leci to niebo
Słońce dostaje się w tryby
Pocięte dokładnie na promień
Na wodę upada jak piórko
Jaskółka roztrąca ten promień
Ciała czarnego swą łódką
Ryby rtęcią śmigają łusek
Z żeber koła pędzącego
I upadają na odkryte lustro
Wody dnia i słońca dnia bożego
Młyn rzekę unosi na koło
Aż tam gdzie błękit ważki
Łąki jaskrami umajone
Franciszkowe z obłoków ptaszki
Żarna w młynie ziarna miażdżą
Ziarna co sypią się z koła
Aż do słońca krwawego
Co spadnie głową do wody z koła
-----------------------------------------------------------------------------
Zbigniew Herbert
Przyszło do głowy
Któregoś zimowego ranka
przyszło Panu Cogito do głowy
stanęło
w środku głowy
nie chciało się ruszyć
ani w prawo
ani w lewo
było duże
sapało
miało zapach listonosza
i ubogiej tajemnicy
Żeby
Pan Cogito przynajmniej wiedział
po co przyszło
kontakt
był żaden
Pan Cogito nie śmiał zapytać
"przepraszam ale o co chodzi"
szamotał się
z jego milczącą nieruchomością
trwało to
nieznośnie długo
sytuacja niezręczna
więcej upokarzająca
bo im dłużej stał
w środku głowy
tym bardziej ulegał
metamorfozie
z intruza
- w gościa
- w sublokatora
- współwłaściciela
głowy
był
i był
i jeszcze raz był
nieustępliwy
zajadły
na szczęście
Pan Cogito
zachorował na zapalenie płuc
gorączka wznieciła pożar
spaliło się wnętrze głowy
razem z tym
co któregoś zimowego ranka
stanęło w środku głowy
teraz
Pan Cogito
jest ostrożny
sprawdza
dokładnie
drzwi
okna
i zamki
nawet wyloty kominów
nawet wyloty wyobraźni
---------------------------------------------------------------------------------------------
jakobe.mansztajn
ALE MIŁOŚĆ, TAKIE SŁOWO
herbata stygnie, stygnie, taki los, przecież wieje.
ręce chowają się w kieszeni, spojrzenia w podłodze,
na papierze nas zgubiłem, zimne palce, taki los.
do szczęścia nie miałem odwagi, sama wiesz,
wszystkie te dziury w całym i szukanie wiatru.
kartka, zimne palce, szukam, szukam, taki los.
na papierze nas zgubiłem, na papierze wszystko,
wiersze nie potrafią kochać dobrze, sama wiesz.
zimne palce na policzkach kreślą usta, takie usta.
(źródło: http://forum.multipasko.pl/n_viewtopic.php?id=608&page=67)
----------------------------------------------------------------------------
Edward Stachura
Przystępuję do ciebie
Wstęp do
Jak ja cię witam - siostro miłosierna
ty nie nazywaj mnie czarna niewdzięczność
jak ja cię słyszę - siostro miłosierna
nawet kiedy tak mówisz nawet gdy mnie oczerniasz
tkliwość mnie wielka miękko rozsypuje
oddech mój jasny milkną jego dzwonki
uszy mi tylko sterczą na padole
jak ja cię witam - siostro miłosierna
ty nie nazywaj mnie czarna niewdzięczność
nie byłem ja wcale w lasach tych zbawiennych
gdzie się harcuje z promykami słońc
ani też byłem w środku kwiatostanów
w środku słynnego miesiąca majowego
kiedy się duszą w domach panowie i damy
śmiesząc straszliwie chłopca bezdomnego
nie byłem też w dziedzinach błękitu
na wolnym powietrzu cicho rozciągnięty
na rękach wiewnych wolturnów zefirów
na trawach skromnych na cudnych manowcach
nie byłem też - siostro miłosierna
nie byłem też - gdzie ja nie byłem
Przystępuję do ciebie - z rozpuszczonym włosem
bo chciałbym jeszcze rzecz bardzo przejmującą
napisać
zanim mnie przeniesiesz
zanim mnie stąd przeniesiesz tam
tym półkolem twojej ręki niezmierzonym
zanim mi odpowiesz - pozwól się zapytać
kiedy przejdę kiedy skończę nockę tam
kiedy już rozpruję żywot mój i tam
w twojej służbie śmiercionośnej
czy będę mógł czy będę jeszcze mógł
tu na szosy skraj jak stoję
wrócić zdrów
tym półkolem twojej ręki niezmierzonym
kiedy przejdę kiedy skończę nockę tam
-----------------------------------------------
Wojciech Bonowicz
Noc
Wiersz
najpierw zamyka Cię w sobie.
Nie chce
żebyś rozglądał się szukał
innych słów
w innych wierszach.
Siedzisz w kącie kamienia
zwinięty
jak kartka papieru.
Bezbronny pogodzony
nie oddychasz. Wiersz
nie pozwala.
W kamieniu nie można
wiercić się używać
łóżka zegara mapy
i całej reszty
wyobraźni.
Wiersz
ma swoją wyobraźnię.
Zbudował ją w sobie w twojej
a potem zamknął
żeby się uwolnić.
Musisz czekać
w kącie kamienia
w którym czasem zaświeci
złoty kurz nadziei.
W końcu wiersz
otworzy się. Kamień
wypuści cię: kartkę papieru
która zacznie oddychać.
--------------------------------------------------------------------------
Philip Larkin
O cal czy o milę
Patrząc na lot ciśniętego ogryzka,
Jak wali w kosz, jak się po podłodze ślizga,
Widzę coraz mniej fartu; wciąż bliższa i bliższa
Klęska, wstecz mknąca w górę ramienia, coraz
Wcześniej i wcześniej, ręka niewzniesiona
I spokojna; nienadgryzione jabłko w dłoniach.
-------------------------------------------------------------------------------
Beata Podsiadły
Akwarela
Chmury przybrały kształt rozlanej akwareli
widnokrąg malowany zielonym pasem
a poniżej
szaro-złociste pola
taflą szachownicy
na nieruchomej planszy
traktor
swym równym ruchem podejmuje grę
gałęzie drzew
zakołysały w odzewie
z wolna
czas
włącza się do akcji
*
i to wszystko
ożywiony obraz
nic więcej.
Mazury, sierpień 2008
Płaszcz
Błękit położył się na stoku
wyciągnął długie nogi do nieba
na ich końcach narciarze
nie jadą - stoją zapatrzeni
Przed nimi jezioro mgieł
Demanovska Dolina
z pianką mleka
Góry topią się w słońcu
minus dziesięć
poniżej poziomu zera
Złuda, jak odcienie bielszej bieli
jak słońce zachodzące za grań
gdy chowa się na chwilę - żart
Jak ja dla ciebie
w blednącym odcieniu blue
*
Dziś śnieg nie urósł w płatki
Powietrze diamentowo
lśni w jego drobinach
mówi: patrz, jestem
jestem - powietrzem.
Jasna, luty 2010
--------------------------------------------------------------
Stanisław Barańczak
Święto zmarłych
Podają sobie ręce
pod ziemią; leżąc na wznak, rozpychają
łokciami zgniłe deski, rozgarniają dłońmi
glebę, korzenie traw, odłamki próchna; milcząc
spiskują przeciw nam, zbierają siły;
zbyt wielu ich już;
zbyt wielu skulonych
w brzemiennych brzuchach grobów, które sterczą
tak kanciasto, że pęka ich ziemista skóra;
a oni rosną wewnątrz i rośnie im w płucach
ostatni przechowany haust powietrza, choć
przebiliśmy im pierś poprzez ziemię kołkiem
krzyża;
za lekka ziemia im i przegnił krzyż,
więc po co ta okrągła data: byśmy mogli
choć raz do roku za jednym zamachem
przywalić ich wieńcami, przygwoździć świecami
i przydusić nabożnym kolanem, aż stracą
nagromadzone siły, aż rozerwą
podziemny łańcuch rąk, opasujący Ziemię.
--------------------------------------------------------------------------
Teresa Radziewicz
***
Miasta mają żyły; tu życie przepływa
przez szerokie arterie, gęstnieje bliżej
centrum, jakby serce biło w kilku miejscach
naraz. Popatrz tylko na zdjęcie:
im bliżej południa, tym gęściej od krwinek.
Wieczorem ciągi cichną, a ciało zasypia,
mniej tętni. Pokrętło ktoś ustawia na nocne
czuwanie, jakby każda ciemność
kończyła się śmiercią.
------------------------------------------------------------------------------------------
Jakobe Mansztajn
Anno Domini
anno domini, jest prawie północ, gdy zaczynam układać
ten smutny i pełen zwątpienia list do ciebie.
wiele zdążyliśmy sobie powiedzieć ostatnim razem,
wiele słów gorzkich jak gorzka jest gorzka herbata
przez zaciśnięte wycedziliśmy zęby i zdać by się mogło,
że temat między nami został wyczerpany,
że już nie ma o czym i właściwie nie ma z kim.
lecz ty znów przychodzisz, anno domini, w pustym rozsiadasz się
w mieszkaniu i tę samą jak co roku rozpoczynasz historię:
dawno temu, w zamierzchłych czasach spokoju,
gdy cukru nie było albo nie był potrzebny,
pijało się herbatę gorzką i gorzka smakowała najlepiej.
----------------------------------------------------------------------------
Katarzyna Zając
letnisko |  |
|
rano powietrze przypomina watę cukrową.
wbijam zęby, wyjadam zamiast pożywnych bakłażanów
i przepisanych witamin. czuję zawrót głowy
jak w lunaparku, o niczym więcej nie chcę pamiętać.
w dali żagle, sukienka nabrzmiewa od wiatru.
woda zielenieje, rośnie poza brzegi, dociera blisko chaty.
turzyce się kołyszą, a ja z nimi. czy słyszysz modlitwę
do wędrownych ptaków?
dopiero gdy czerwień barwi jezioro, nadchodzą
niepokoje. w snach: podwodne groty, mdlący zapach fiołków
i łupinka na falach. czarne bociany lecą, gubią pióra.
mów, że będzie dobrze, nie przestawaj.
|
|
|
|
|
| ------------------------------------------------------------------ | |
| | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | |
| | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | | |
|  |
Robert Miniak
WYPADEK ŚMIERTELNY
upał. huk drży, drażni dłonie, przede wszystkim
gardło, wije się wśród gapiów zatrzymanych w biegu.
jeszcze nie okrzepli, jeszcze nie ufają,
ale mózg jest szybszy, jest cholernie szybki:
kilka suchych klatek skrapla się w nagranie
zapisane nagłym rozszerzeniem źrenic.
huk wciąż drży, wciąż grzechocze jak rozbite światła,
maśli się w asfalcie wymieszanym z kurzem.
upał eksploduje, skazując kobietę,
która stała blisko, na wieczystą pamięć.
od teraz już musi opowiadać innym,
szukać gestów dla swych gestów w windzie,
będzie wiarygodna, chociaż pewnie wklei
kilka bzdur o wieku, niebieskich spodenkach, nogach
odrzuconych w przestrzeń poza fragment kadru.
może mimochodem wspomni coś o Bogu,
albo nawet wyrwie kilka kartek z gazet?
dusza tego chłopca pachnie gumą z jezdni.
-----------------------------------------------------------------.
Piotr Kuśmirek
Ostrożnie
Jeszcze siedem minut. Dwie szybkie stacje.
(możemy zacząć mówić o kolejach losu,
ale jesteśmy w pociągu i to skojarzenie
nieuchronnie sprowadzi na nas śnieżycę)
Strzaskane drzewa. Sady pozostawione na pastwę
wiatru i przygruntowych morderców. Kobieta
o włosach wyraźnie powleczonych szronem
(to niedorzeczne, że widzę tak nieistotne szczegóły)
układa w koszyku przemarznięte jabłka.
Jedno po drugim. Jak granaty.
-----------------------------------------------------------
Robert T. Rutkowski ( z tomiku "Łowienie spod lodu")
obok
moja kuzynka ma zawsze fragment
z dedykacją
Dla Aleksandry
Tadeusz Różewicz
1996
nie przeczytała tej książki
nie wie dlaczego poeci piją wódkę
czego byłoby żal
ani
jakie niestworzone rzeczy czekają
jeszcze na poetów
Różewicza pamięta z ogólniaka
Kartoteka
i jakieś wiersze o kanibalach
zawsze fragment
podpisywał więc
chociaż
nie lubię poezji mówi
nie wiem co z nią zrobić
a przecież
źródło z którego płynie
poezja żywa
jest obok
obok
rzecz niestworzona
jeszcze
-----------------------------------------------------
Kazimierz Ratoń
***
Drzewo odchodzi od korzeni
Wtedy ziemia odwraca cień
Leży martwa jak rzeka zamknięta
Słyszą ją tylko wiatry
Prześcieradłem zakrywające rany
Drzewo odchodzi od korzeni
Wtedy Ona wychodzi ze mnie
To dzieje się w chwili jednej
Pod słońca lampą czerwoną
To rozsuwanie się rzeczy i ziemi.
-----------------------------------------
Byron Lord George
Nadzieja
Szczęściem jest, mówią, Nadzieja; lecz przecie
Miłość oblewa łzami rzecz minioną;
A myśli, w których wspomnienie się świeci,
Najwcześniej wschodzą - i najdłużej płoną.
Wszystko, co Pamięć tak miłować lubi,
Całą Nadzieją naszą kiedyś było,
Wszystko, co niesie nadzieja - i gubi
W czułej Pamięci zawsze się topiło.
Niestety! złuda dokoła się ścieli,
A przyszłość ludzi omamia z oddali:
Ani nie mogą być tym, czym być chcieli,
Ani też myśleć nie śmią, czym się stali.
przeł. J. Żuławski
-----------------------------------------------------
Magda Gałkowska
debet
aleksandra umarła rano, teraz jest
popołudnie, matka nie przestaje płakać,
dlatego milczę i obserwuję słońce,
które uwija się w koronach drzew.
zaraz skończy i złapie ostatni,
powrotny promień. bóg przyjmuje
od dziesiątej do dwudziestej - jak w banku
- mamy wieczność, więc dlaczego właśnie dziś
patrzysz na mnie jakbyś szukał odpowiedzi
na pytania, które jak debet spędzają nam
sen z powiek? czekam, bo mam pewność,
że wraca się, by ponieść koszty.
-----------------------------------------------------
|
|
|
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz