niedziela, 22 marca 2015

Atlas Arena - 21.03.2015

Jeszcze wczoraj wybierałam się na koncert, którego nie mogłam się doczekać, a dzisiaj jest już następny dzień, dzień wspomnień. Nie było by mnie w Atlas Arenie wśród publiczności, gdyby nie mój syn, od którego dostałam prezent w postaci dwóch biletów. Było wszystko, co niemal zawsze towarzyszy tego typu spotkaniom. Świetnie zadomowiłam się we wczorajszym klimacie: śpiewałam i nawet troszeczkę tańczyłam przy swoim krzesełku itd.
„Night Of The Proms” jest to bardzo udane połączenie dwóch stylów: muzyki klasycznej z muzyką pop. Pierwszy taki koncert powstał 30 lat temu, a zainicjowali go dwaj belgijscy studenci. Dodam jeszcze, że tego typu spektakl musi być perfekcyjnie wyreżyserowany i taki też był. Na łódzkiej scenie wystąpili: Katie Melua, Mark King (Level 42), John Miles, Kim Wilde, Akademicki Chór Politechniki Łódzkiej, Tony Henry, Kombii, Rafał Brzozowski i orkiestra Il Novecento.

Lista utworów

1. Also sprach Zaratustra
2. Largo al Factotum (Rossini, Cyrulik Sewilski) - Tony Henry
3. Hooked on Mozart
4. Tak blisko - Rafał B.
5. Walc z "Nocy i dni"
6. Circus Renz
7. Pokolenie/Awinion - Kombii
8. Słodkiego, miłego życia - Kombii
9. Chór cyganów
10. Lessons in Love/Running in the Family - Mark King
11. Bitter Moon - Mark King
12. Love Games - Mark King
13. Taniec z mieczami (Aram Chaczaturian)
14. Miserere - Tony Henry/John Miles
15. Music - John Miles PRZERWA
16. Uwertura ze "Sroki złodziejki" (Rossini)
17. The Closest Thing to Crazy - Katie Melua
18. Spiders Web - Katie Melua
19. Nine Million Bicycles - Katie Melua
20. Something stupid - Katie & Rafał
21. Uwertura z "Wilhelma Tella" (Rossini)
23. Nella Fantasia - Tony Henry
24. La Nostra Favola - Tony Henry
25. Now That The Magic Has Gone - John Miles
26. Bolero Shuffle
27. You Came - Kim Wilde
28. Cambodia - Kim Wilde
29. Kids in America - Kim Wilde
30. Hey Jude

Z listy umknęła pozycja “22”,ciekawe którego utworu nie ujawniono J


I kilka zdjęć wykonanych przez Marcina Bałczewskiego. Marcin, dziękuję.

John Miles
Katie Melua










Kim Wilde

Kim Wilde

Rafał Brzozowski i Katie Melua

Mark King

Kim Wilde, Katie Melua i Grzegorz Skawiński


Grzegorz Skawiński
Tony Henry
Rafał Brzozowski i jego pierwsza PLATYNOWA PŁYTA
oraz prowadzący wydarzenie Tomasz Kammel



środa, 4 marca 2015

Z antologii wierszy dla dzieci

Kto czasami nie ma ochoty na bajkę, chociaż jedną? Podejrzewam, że wszyscy je lubimy, a już na pewno lubiliśmy. Moją ukochaną był „Król Maciuś Pierwszy” Janusza Korczaka. Pierwsza bajka, którą tak dobrze zapamiętałam, i która była pięknie zilustrowana; patrzyłam, przeglądałam i słuchałam. Dla wszystkich, bez względu na wiek, zamieszczam poniższą:

Joanna Papuzińska - autorka bajek i wierszy dla dzieci, poetka, prozaik.

ŚCIANA ZACZAROWANA (fragment)

Ściano, ściano z matą słomianą
przypiętą nad łóżkiem moim!
Kiedy w pokoju
robi się ciemno,
rozmawiasz, ściano, ze mną.

A jeżeli na przygodę mam chęć,
muszę stuknąć w ścianę razy pięć:
stuk-stuk, stuk-stuk, stuk…

I wtedy uchyla się mata,
widać drzwi do innego świata.
Otwarte. Tylko przejść przez próg.
- Czy tam idziesz? Idę, to jasne!
A nie zaśniesz? Bo to noc! – Nie zasnę!
- I pamiętaj, że musisz wrócić,
zanim rano zadzwoni budzik!
- Do widzenia mamo i tato,
Bo ja znikam za słomianą matą!

……………………………………………….


„Za ścianą zaczarowaną”
Wydawca:
Oficyna Wydawnicza G&P, Poznań  1998
Henryk Gościański i i Karol Prętnicki
Ul. Mazowiecka 59, 60-623 Poznań
ISBN 83-87368-72-5





niedziela, 1 marca 2015

Narodowy Dzień Pamięci "Żołnierzy Wyklętych"





Stefania Firkowska służyła w oddziale Narodowych Sił Zbrojnych Armii Krajowej kpt. Józefa Wyrwy ("Stary"). W tym samym oddziale służył podporucznik Tadeusz Bartosiak - pseudonim "Tadeusz" i "Wilk", z którym była zaręczona. Po wojnie pierwszy został aresztowany Tadeusz, niedługo po nim Stefania... więcej tutaj.




Tomasz Mielcarek

Wiersze z tomu "Obecność / Presence" - Nagroda główna w XIX Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim im. Jacka Bierezina.

Oczekiwanie

Doskonale pamiętam bezwładność jego twarzy,
gdy choroba zamieniła wszystkie mięśnie
w cienkie, postrzępione włókna,
niezdolne poradzić sobie nawet z przełykaniem śliny.

To on, na smyczy respiratora;
na pytania odpowiadający ledwo dostrzegalnym
trzepotaniem powiek.
Pogrążony w półmroku. Oczekujący.

Gorączka

Gorączka przygniotła mnie
całym swoim ciężarem.
Odebrała oddech.
Dookoła ostre kawałki światła.
Zamykam oczy.

Lato

Kobiety wylały z wiader pomyje,
a potem rozrzuciły resztki jedzenia za domy przy polach.
Spocone końskie grzbiety lśnią w lipcowym słońcu.
Powietrze spuchnięte od owadów
szeleści w gardle, drapie.

Lato;
rozcierane w palcach,
pachnące suchym mchem
i gorącą smołą z dachów garaży.
Lepkie.

Gradobicie

Obudziło mnie przed świtem ryczenie bydła.
Znowu grzmi. Wczoraj ciężkie kawałki gradu
położyły zboże i zniszczyły okoliczne sady.
Teraz znowu słychać to bezładne dudnienie.

Święto zmarłych

W nocy bezpańskie psy rozszarpały człowieka,
który był zbyt pijany, żeby wzywać pomocy.
Siedzimy przy kominku. Ogień przywraca do życia
martwe kawałki drewna;

pniaki trzeszczą i pękają jak dojrzałe ziarna.
Ciepło kiełkuje, rozrasta niczym bluszcz.
Na ścianach nasze cienie, ruchliwe jak kawałki papieru,
którymi na pustej ulicy bawi się wiatr.






"Obecność / Presence"
Dom Literatury w Łodzi
Stowarzyszenie Pisarzy Polskich Oddział w Łodzi
ul. Roosevelta 17
90-056 Łódź
Druk i oprawa/Printing:
PIKTOR Szlaski i Sobczak Spółka Jawna
ul. Tomaszowska 27
93-231 Łódź





sobota, 14 lutego 2015

Krzysztof Kamil Baczyński (22.01.1921 - 04.08.1944)

Ja, poszukiwacz ludzi prawdziwych,
Ja, zaklinacz wężów wijących się nade mną
zastygłem w pomnik ze wzniesionym mieczem,
którym człowieka rozetnę czy ciemność?

                                              K.K. BACZYŃSKI
                                                           Autobiografia



Jeden z nielicznych młodych poetów tak utalentowanych. Nie ulega wątpliwości, że gdyby żył, zaliczałby się do liderów polskiej poezji, a może i nie tylko polskiej. Ostatni znany jego wiersz, to wiersz z 13 lipca 1944 roku i mam go w swoim zbiorku:


***


Gdy za powietrza zasłoną dłoń pocznie kształty fałdować
i czuje się wielkie ptaki rosnące za chmur kwiatami,
zmierzch schodzi lekko. A ona świeci u okna głową
jasną jak listek światła i śpiewa piosenkę ciszy.

Długa wijącą się wstęgą głos ciepły w powietrzu stygnie,
aż jego dosięgnie w zmroku i szept przy ustach usłyszy.
"Kochany" - szumi piosenka i głowę owija mu, dzwoni
jak włosów miękkich smugą, lilie z niej pachną tak mocno,
że on, pochylony nad śmiercią, zaciska palce na broni,
wstaje i jeszcze czarny od pyłu bitwy - czuje,
że skrzypce grają w nim cicho, więc idzie ostrożnie, powoli,
jakby po nici światła, przez morze szumiące zmroku
i coraz bliższa jest miękkość podobna do białych obłoków,
aż się dopełnia przestrzeń i czuje jej głosik miękki
stojący w ciszy olbrzymiej na wyciągniecie ręki.
"Kochany" - szumi piosenka, więc wtedy obejmą ramiona
więcej, niż objąć można kochając jedno ciało.
Dłoń wielka kształty fałduje za nieba czarną zasłoną
i kreśli na niej zwierzęta linią drżącą i białą.
A potem świt się rozlewa. Broń w kącie ostygła i czeka.
Pnie się wąż biały milczenia, przeciągły wydaje syk.
I wtedy budzą się płacząc, bo strzały pękają z daleka,
bo śnili, że dziecko poczęli całe czerwone od krwi.


K.K. Baczyński
"PÓŁ MNIE A PÓŁ BOGU
Wydawca: Prószyński i S-ka SA
02-651 Warszawa, ul. Garażowa 7
ISBN 83-7180-660-4
1997 r.


Uczniem był średnim, na jego świadectwach szkolnych więcej figurowało trójek niż innych stopni. Na jednym z zachowanych świadectw nawet postępy z języka polskiego ocenione zostały jako dostateczne, za to przez cały czas pobytu w szkole mógł się pochwalić bardzo dobrymi wynikami z rysunków. Po ukończeniu szkoły średniej wybierał się na studia w warszawskiej ASP, pomagał mu w tym Fernaud, poeta i lektor na Uniwersytecie Lwowskim. Miał wielką szansę studiować we Francji. Na przeszkodzie stanęła śmierć ojca, i przede wszystkim wojna.

Posługiwał się pseudonimami (między innymi): Jan Bugaj, Piotr Smugosz, Krzysztof Zieliński czy Jan Krzyski.


Jeden z ulubionych moich wierszy, piękny wiersz:

Dzieci na mrozie

To śnieg tak futrem ciszy osłupienie okrył,
aż zgasił ślady naprzód i wstecz.
Dzieci skostniałe rączki kładą na ustach mokrych,
by nie wypadł z nich ognisty miecz.
Bo dzieci są cierpliwe - przykute do murów,
ścięte mrozem w szkło białe, ściskają kreski ust,
by nie wypadły z nich czerwone bąble bólu,
celne jak grom i ostry nóż.
I dzieci są cierpliwe, lecz gdy tkniesz
przemarzłe, przemienione w szkło,
to się rozsypią, tryśnie krew
i drgnie obłoków głuchy dzwon.

Prysną filary. Zastygli w kościołach,
w modlitwę lodowatą wsparci chłodem czół,
zobaczcie, jak się ziemia otwiera pod kołem
wydartym z ust i miasto tnie - na pół.
Wsparci w brzeg życia jak w kieliszków brzeg,
świsną w głąb ognia zastygli w kamienie
i wtedy będzie noc - w ogień-wstąpienie,

a na to grzmot kół z ognia,
a na to - tylko - śnieg.

8 XI 41 r.


i jeszcze 

Obozy

Gdy na niebo wieczorne spienione gwiazdami
wypływa ciężki okręt,
a siwi marynarze wysoko nad nami
sieci spuszczają w dół,
my jesteśmy tam w dole jak dzieci samotne,
co zrywają jagódki z umarłego krzewu
gorzkie i czarne, gorzkie i czarne owoce,
kiedy nad nami stoją dni i noce,
ciemności szumi drzewo.

Błogosławimy dni mleczne i krowie
i cień lipowy, i liści lot,
i krew, co płynie po ściętej głowie,
my zawsze pewni, zawsze gotowi
na sąd: co dobro, zło.

Błogosławimy straszne pociągi
odjeżdżające w smutek bez granic -
- z nich jęk jak dym. - To jadą ranni,
uczuć skręcone kabłąki.

Błogosławimy pola bitewne
i mądrość ludów, i mądrość maszyn,
krzywdy i wiary, i żale rzewne.

Grozo! Ojczyzno nasza!

Wtedy jesteśmy jak dzieci samotne,
a oczy ciemne i drapieżne są,
kiedy zapuszcza sieci ciężki okręt
i chwyta nas za fale wyciągniętych rąk.

Dźwigaliśmy brzemiona, broń czarną dźwigali
i śpiąc w obozach dusz wspólnych i ciemnych,
takeśmy z wolna pozapominali
snów - niedaremnych,
że uchwyceni przez sieci rybacze,
porwani w górę i rzuceni obok,
słyszymy: ziemia pokonana płacze,
ale nie śpiewa zwycięski obłok.

Próżne miłości były nasze ciała,
bo nie dość było pokochać gromadzie
tą rozdzieloną na tysiąc miłością,
co nas prowadzi.

O, bo i nie dość było kochać jedno,
i tak czujemy ziemi oddaleni,
jak nas rozdziera ogromna samotność -
nieba powolne milczenie.

19/20 II 43 r.


Dwa ostatnie wiersze pochodzą z tomu "Spojrzenie", który nabyłam wczoraj w antykwariacie. Do książki dołączona jest czarna płyta analogowa z wierszami recytowanymi przez Krzysztofa Kolbergera. No cieszy, cieszy...

K.K. Baczyński
"Spojrzenie"
Państwowe Wydawnictwo "Iskry"
Warszawa 1985
ISBN 83-207-0705-6








sobota, 3 stycznia 2015

ZWYCIĘSTWO

Kto?
    Bezcielesny kształt odzywa się z dna ciemności:
    - Krakowianin - z Czarnowiejskiej - skuto was?
    - Tak.
    Ręka, której zbliżanie się przeczuwa z powiewu powietrza, dotyka jego wykręconego do tyłu ramienia, wędruje ramieniem do góry i wkłada mu do ust papierosa. Zapala. 
    Jan, ciągle oparty plecyma w kącie, w jedynym konkretnym miejscu nieznajomej przestrzeni, jakie znalazł, gdy go tu wpuszczono, zaciąga się mocno, spychając papierosa w kącik ust. Wraz z dymem wraca mu jego człowieczeństwo - do tej chwili był stężałym i nieczułym kształtem - ale równocześnie powraca słabość i niepokój. Pyta się niepewnym głosem, jakby próbując w obcych ścianach i ciemności jego skali:
    - W którą stronę wychodzi okno?
    Odpowiada mu głos o szyderczej intonacji krakowskiego robotnika:
    - Na Wybickiego, na poziomie chodnika. Zamknięte płytą pancerną.
    Ta odpowiedź uspokaja Jana. Świadomość absolutnego zamknięcia uwalnia od pokus. Teraz przedsiębierze Jan, niby jakiś Robinson Kruzoe zepchnięty do otchłani, swoją pierwszą wędrówkę odkrywczą, wiodąc skutym ramieniem wzdłuż ściany. Na końcu tej podróży potyka się o ławę. Tuż koło siebie ma znów krakowianina z Czarnowiejskiej, ów pierwszy żywy punkt, o jaki zaczepił swoje zdumienie. Bo pierwszym uczuciem jest nie strach, ale osłupienie, nie rozpacz, ale zdziwienie, że tak łatwo można odebrać człowiekowi wolność.
    Siedzi oto spokojnie na wąskiej ławie, nie potrzebuje w ciemności ukrywać przed nikim swego tragicznego wyrazu twarzy.
    Obszedłszy po obwodzie celę przekonał się Jan, że znajduje się w środku diabelskiego kółka wydzielonego jak najdoskonalej z otaczającej zewnętrzności, nad którym ościenna rzeczywistość szumi swobodnie jak morze nad zatopionym statkiem. Robotnik z Czarnowiejskiej dochodzi do tego samego wniosku, gdy mówi z wolna, rozciągając banalne słowa, odzyskujące dopiero w tych warunkach swoją wstrząsającą prawdę:
    - Głową, bracie, muru nie przebijesz!
    Od tej chwili potoczy się zwyczajna rozmowa, coraz żywsza, w miarę jak obaj pozbywają się nieufności odnajdując wspólnych znajomych. Obaj jednak są dosyć ostrożni i zatajają przed sobą pewną część swojej osoby, jak gdyby ona całkiem nie istniała. Jedna bowiem część ich świadomości osób i zdarzeń nie jest tak całkiem ich własnością; jest dobrem publicznym, społecznym, organizacyjnym, należącym do środowiska i towarzyszy, którzy zostali na wolności. Powierzono im na przechowanie rzeczy, których nie wolno nikomu oddać. Najlepiej byłoby je zniszczyć w sobie, wykreślić z pamięci. Bo "powiedzieć" pochodzi od "wiedzieć". Ale cóż, kartkę papieru można ostatecznie podrzeć, połknąć, lecz co zrobić z pamięcią? Czy będzie się miało dosyć sił, nerwów i mięśni, aby wytrzymać, a jednocześnie tyle sprawności umysłu, aby obronić (o ile się da) i siebie. Bo Jan nie chce wcale umrzeć. Myśli, jak będzie odpowiadać - tam - na "przesłuchaniu". Po chwili uznaje instynktownie za najlepsze nie obierać z góry żadnego systemu. 
    Gdzieś daleko, za dziesiątymi drzwiami, rozlega się trzask zamka i stukot zbliżającej się pary kroków. Bliżej ktoś pyta się gorliwą niemczyzną: "Grad aus?"
    - Ja, ja".
    Jeszcze dwoje drzwi i chrobot klucza właśnie w tym zamku.
W ciemności znalazł się ktoś trzeci.
    - Jest tu kto?
    - Tak, już dwóch, krakowianie. A wy skąd?
    - Ja nietutejszy, wzięto mnie z ulicy, z Floriańskiej, jakiś łajdak zaczepił mnie, że jestem Żyd. Nie mam żadnych papierów. Gdzie tu jest okno?
    - Ho, ho, zaraz okno - mówi ten z Czarnowiejskiej - a owszem, jest okno, pod samym sufitem, wychodzi na ulicę Wybickiego, dobrze opancerzone i nawet nie ma klamki, bracie - dodaje ironicznie.
    Stukając obcasami obchodzi nowy lokator dookoła celę i trafiwszy w końcu na jedyny tutaj przedmiot, ławę, siada na niej. Jan pyta się go: "Palicie?"
    Nie, nie pali, więc podaje mu ostrożnie słowa, mądre słowa, jedyne lekarstwo, jakim w tej chwili rozporządza: "Głową muru nie przebijesz!"
    Odpowiedź jest nieoczekiwana. Człowiek odskakuje nagle aż gdzieś pod niewidoczną ścianę, jak smagnięte zwierzę, i zdławionym głosem recytuje prawdę o sobie:
    - Jestem Żyd. Ja mogę tylko głową przebić mur. Innego wyjścia nie ma dla mnie ani stąd, ani stamtąd, ani znikąd. Nie potrzebuję się przed nikim ukrywać. Ach, żebym ja miał coś do niepowiedzenia, co mogłoby mię ocalić. Żebym ja miał na sobie jakiś mord, akcję czy działalność jak wy, byłbym szczęśliwy, nie byłbym tak straszliwie samotny, miałbym jeszcze przynajmniej przed sobą mękę śledztwa, a nawet śmierć miałaby jakąś cenę. Zdychając czułbym się zwycięzcą. Oni - tam nie będą się mnie o nic pytać. nie będą niczego słuchać. Wystarczy, że jestem napiętnowany - rozumiecie? - jestem napiętnowany! Naznaczony!
    W ciemności, ciszy, w nieporuszonej przestrzeni, gdzie żadne pasemko powietrza nie zadrży, jarzy się trzaskając papieros i słychać arytmiczny oddech człowieka płaczącego, a może tylko bardzo zmęczonego. Z wolna i ten dźwięk wyrównuje się i uspokaja; człowiekowi, który nie ma o czym myśleć - pozostaje tylko sen.
    I Jan na dnie tej ciemności czuje, że we wspólnym kręgu śmierci zajmuje jakieś dogodniejsze stanowisko. Oto komuś kroi się najstraszliwsza ze śmierci - śmierć zupełna.
    Podnosi bezużytecznej w absolutnej ciemności oczy, które chcą teraz przejąć jakąś nową rolę, jakby dwóch sprzężonych karabinów maszynowych, jakby dwóch celnych łożysk dla myśli. Ale oczy nie mogą przezwyciężyć nawet własnej materialności i - jak dwa marne psy w pogoni za czymś szybszym, nie mogą wyjść same z siebie, wracają przynosząc jakiś strzęp, który może być tylko przywidzeniem. Oto na wysokości okna - jak gdyby jaśniejąca smużka światła. byłoby to odkrycie  tak ogromne, że Jan opuszcza głowę i zaciska powieki. Nieprawda, że tu czas ma wolniejszy bieg - bo gdy podnosi znów głowę, ostra jak klinga linia światła powstała z nieszczelnej o milimetr okiennicy jest zjawiskiem prawdziwym.
    - Świta!
    Trące w ramię robotnika z Czarnowiejskiej:
    - Patrzcie, robi się dzień!
    - Tak - odpowiada - ale to jeszcze wcześnie - i powraca do swojej drzemki.
    Ale Jan postanawia już czuwać. Z oczyma zawieszonymi u rozświetlającej się aż do bólu źrenic linii doczekuje się w jakiejś tam chwili pierwszego, zduszonego brzęku tramwajów, zdławionego szmeru pierwszych aut okrążających gdzieś z dala tę otchłań ciszy o ścianach grubych jak skała, a wreszcie, wreszcie na końcu, znajome już drogi kroków zbliżających się całą gamą otwieranych drzwi aż do ostatniego celu: trzasku klucza właśnie u tych drzwi. W oślepiającym świetle stoi ten, który aresztował Jana, i wzrokiem niedobrego chłopaka obrzuca trzy zwierzątka złapane wczoraj w klatkę. Żyd z otwartymi oczyma, w dziwacznej pozycji, leży pod ścianą, jakby runął pod nią z nieprawdopodobnej wysokości - ci dwaj z ławy podnoszą się. - Ty, chodź - odzywa się, ruchem głowy wskazując Jana. Przepuszcza go koło siebie i zatrzaskuje krótko drzwi. Kierowany z tyłu szczeknięciami gestapowca, skręca w prawo, w lewo, w prawo schodami, aż do jasnego pokoju zalanego porannym słońcem.
    Siedzi teraz na krześle patrząc na lśniące biurka, wieszak na płaszcze i przeraźliwą goliznę ścian z portretem Himmlera. Gestapowiec kręci się przez chwilę po kancelarii, wydobywa papierosy i akta z szuflady; wychodzi na sekundę, aby zmienić wodę we flakonie z baziami.
    Za oknem jest wiosenny poranek. Świergocą zajadle wróble. Schodzą się powoli inni, wszyscy o twarzach niezupełnych albo wywróconych jak negatyw. Brak zapewne paru minut do godziny urzędowej, bo zabawiają się półprywatną rozmową, żenującą Jana przez jej drobiazgowy, codzienny temat. Jest to swojego rodzaju okrucieństwo, od którego Jan odgradza się, stara się tego nie słyszeć, przerzucając wszystkie swoje siły na nerwy i na mięśnie w oczekiwaniu walki.
    W pewnej chwili jeden z nich spogląda na zegarek i rzuca niebieski skoroszyt sąsiadowi. Skoroszyt obiega dookoła biurka i wraca do niego. Jan słyszy swoje nazwisko i imię.
    - Tak.
    - Będziesz odpowiadał po niemiecku?
    - Nie umiem, chciałbym zeznawać po polsku.
    Jan wyczuwa, że jego życzenie stwarza pewien pozaurzędowy, wrogi nastrój. Poprawiają się na krzesłach. Ale woli odpowiadać po polsku, gdyż zdaje mu się, że zyska tym sposobem na czasie.. Jego instynkt liczy na jakieś nowe szanse w tej  grze, na improwizację i kontrolę.
    Jego życie osobiste i społeczne do czasu wojny jest im znane prawie bez reszty, poddają mu je po prostu z białych arkusików zapełnionych gęsto pismem maszynowym. Jan prostuje niekiedy fakty, nie zaprzeczając im, ot tylko tyle, aby zmącić prawdziwość ich informacji. Pytania komplikują się coraz bardziej, w pewnej chwili zaczynają dotyczyć tej reszty życia Jana. 
    - Ty należałeś do takiej a takiej organizacji nielegalnej.
    Odpowiada zwyczajnym głosem:
    - Nie.
    Słowo to musiało już tutaj brzmieć w tylu odmianach semantycznych, że nie oznacza ono nic. Poprawiają się znów wszyscy lekko na krzesłach. "Będą mu nadawać znaczenia" - myśli Jan. Nie słyszy niczego w rodzaju: My ci tu teraz przypomnimy - czego oczekiwał. Jeden z nich grzebie powoli w biurku, skąd wydobywa plecioną żyłkę i odkłada spokojnie na wierzch. Wychodzi do drugiego pokoju. Jan patrzy na harap uważnie jak pies, ale z pogardą człowieka. Tamten wraca z maską przeciwgazową w ręce, zbliża się i zaczyna mu ją troskliwie nakładać na twarz. Jan unosi lekko brodę - odruch człowieka, który służył w wojsku. W następnej sekundzie pojmuje, że pochłaniacz jest zatkany. Ośmieszonego niedorzeczną, przeciwgazową mordą, zaczynającego się już dusić, biją nagle wszyscy. W gradzie uderzeń sypiących się ze wszystkich stron odróżnia piekące smagnięcia żyłą po udach i miarowe pytanie: - Nie? Nie? - Nie? - Nie? - Każde uderzenie umniejsza ten mały zapas powietrza, jaki ma w płucach. Wentyl maski działa sprawnie, ale tylko w jedną stronę. Jan zaczyna dygotać cały, bo płuca wyczerpały już wszystek tlen i teraz starają się wydusić go jeszcze z szarpiących się trzewi, mięśni, a nawet skóry. w chwili, kiedy Jan osiąga już nieledwie dobrodziejstwo jakiejś desperackiej równowagi biologicznej, kiedy zaczyna już oddychać przez samą skórę, kiedy jest bliski omdlenia - podnoszą maskę i przesłuchanie toczy się dalej, jak gdyby nic się nie stało. Zapalają nowego papierosa, przechodzi jakaś sekretarka z naręczem papierków, o rozognionej twarzy i wezbranym ciążą brzuchu, obrzucając Jana szklistym spojrzeniem.
    - A znałeś Gertycha?
    - Nie.
    - Jaskólskiego?
    - Tak, znałem.
    - Przedstawiono mnie na jakimś zjeździe.
    Jan zdaje sobie sprawę, że ma nad nimi tak kolosalną przewagę, o jakiej żadnemu z nich nawet się nie śni. Cóż w końcu mogą zrobić, aby się dowiedzieć od niego czegoś, czego im nie będzie chciał powiedzieć? Jakąż bronią rozporządzają wobec tych ostatecznych, jakimi on dysponuje: milczenia i śmierci. Bawi się nawet przez chwilę pomysłem, ze aby go złamać, aby unicestwić jego determinację, musieliby wpierw oni wszyscy tutaj, wszyscy pięciu, którzy go biją, musieliby trupem paść ze złości i zmęczenia.
    (...) Zaczyna się wertowanie w kartkach maszynopisu, wstecz i naprzód. Przesłuchanie nabiera tempa. Pytają się go ze wszystkich stron. Dopiero teraz spostrzega korzyści zeznawania po polsku. Rozumie wszystko, ale nie potrzebuje się odgryzać naokoło - czeka, aż tłumacz ułoży mu wszystkie pytania w szereg. wściekają się dookoła niego, rzucają rękami, walą pięściami w biurka, zgrywają się, a jeden z nich, o dobrodusznej twarzy francuskiego generała, zastyga nawet na chwilę z głową schowaną w dłoniach, jak człowiek cierpiący.
    Sypią się nazwiska i krajobrazy, czyjeś słowa z prasy nielegalnej i zdarzenia polityczne. Chcą go pozbawić oddechu, zanim go zaczną znowu dusić w masce. Wychodzi spod niej z umysłem jasnym i ciałem nie przeszkadzającym mu już, bo znieczulonym biciem. Mylą się widocznie co do jego stanu, bo Jan łowi uchem fachową uwagę rzuconą przez kogoś przechodzącego właśnie przez kancelarię. Brzmi to coś jakby: "Nie przeróbcie go, nie przefajnujcie go" - co ma oznaczać błąd, jaki może popełnić zbyt gorliwa gospodyni wyrabiająca ciasto. Są zdania, że Jan jest już wystarczająco uplastyczniony, bo pada kilka nazwisk powiedzianych prędko, a potem, bez czekania na odpowiedź, pytanie dotyczące organizacji.
    - Nie.
    To słowo ma tu dla nich posmak nudy. Nie robi już wrażenia. Powoli, bardzo powoli nakładają mu maskę wśród słów: "Jak będziesz chciał mówić, zrób znak głową - kiwaj głową - damy ci powietrza". Sadzają go wygodnie na krześle, poprawiają kajdanki na plecach i któryś z nich, zawiesiwszy marynarkę na poręczy, rozpoczyna robotę. Jan czuje tylko parę pierwszych uderzeń, reszta trafia już na mięśnie znieczulone jak drewno. Najcięższy okres do znanej mu już chwili, gdy skóra podejmuje funkcje płuc, przetrzymuje nerwami. Ale ta równowaga, do której doszedł dwa razy poprzednio, wiedzie już dalej - do śmierci. Nie ma innych dróg. Pozbywa się krótkim wydechem resztki powietrza, które truje go tylko, i traci przytomność.
    Budzi się w radosnym olśnieniu, jak dziecko. Coś ciepłego spływa mu po policzku. Krew czy łza? Za oknem przelewa się ciepłe, wiosenne południe. W pokoju siedzi ich tylko dwóch. Płynie bezustanny szmer maszyny. I Jan przypomina sobie słowa Żyda tam z lochu: "Ach, gdybym miał coś do niepowiedzenia, czułbym się szczęśliwy. Śmierć miałaby dla mnie jakąś wartość".
    I Jan uśmiecha się.
    Jeden z tych rzuca na niego niskie, uważne spojrzenie, widocznie uśmiech tu też coś znaczy. Ale Jan uśmiecha się do swego zwycięstwa.




Kornel Filipowicz
"Krajobraz, który przeżył śmierć"
Wydawnictwo Literackie, Kraków-Wrocław 1986
ISBN 83-08-01147-10