wtorek, 9 grudnia 2014

Wyniki XLIV Ogólnopolskiego Konkursu Literackiego o "Rubinową Hortensję" (06.12.2014)

Na konkurs wpłynęły 134 zestawy. Jury (Wojciech Bonowicz - przewodniczący, członkowie - Aleksander Nawrocki i Arkadiusz Morawiec) postanowiło przyznać nagrody:
-  I miejsce Katarzyna Zychla
- II miejsce Miłosz Anabell vel Bartosz Konstrat
- III miejsce Bogumiła Jęcek
Dodatkowo jury przyznało nagrodę za najlepszy wiersz o Piotrkowie Trybunalskim. Otrzymała ją Jadwiga Graczyk z Dzierzążni za utwór „Suplika”. Ponadto wyróżniono wiersze warszawskich poetów-amatorów Beaty Kołodziejczyk oraz Jerzego Wolińskiego.
Artystyczną częścią sobotniej uroczystości był recital Katarzyny Żak, która odczytała również wiersze laureatów.

Z prawej strony Jerzy Kisson-Jaszczyńsi - inicjator i współorganizator konkursu literackiego o "Rubinową Hortensję"

Katarzyna Żak

Od lewej: Katarzyna Zychla, Miłosz Anabell/Bartosz Konstrat, Bogumiła Jęcek
Wojciech Bonowicz, Rafał Czajka, Renata Wojtczak


KATARZYNA ZYCHLA

Makramy przeznaczenia

Zniosło nas z pełnego morza. Rośniemy w piach,
w ostre muszle, miękkie ciała morskich stworzeń.
W chłodną biel. Mówimy o dziecku, które ma się urodzić
w porze kwitnienia. Budujemy z patyczków sypialnię,
dziecięcy pokoik, taras. Krzyk mew rozprasza myśli.
Głębiej. Koralowe rafy rozkołysane łzą.

Ocieramy się o tajemnicę. Tarło nie kończy się nigdy.
Z łusek codzienności powstają kruche azyle.
Przejścia w skałach wyłożone boazerią mchów
tłumią kroki. Szepczemy, chociaż to bez sensu.
Echo plotkuje stokrotnie. Powtarza nasz lęk
od szczeliny do szczeliny. Wpisujemy imiona

językiem zapomnianych symboli. Iskra odrywa
się od kamienia. Gaśnie. Podróżujemy z kraju do kraju.
Kolekcjonujemy mapy, kompasy, pamiątki. Nienarodzony
tka swoją historię. Patrzymy przez powłoki świata.
Owodnia zmienia smak. Chłonie księżyc i gwiazdy,
śpiew wielorybów. Wszystko się zbiega do jednego punktu.

Znika pod powieką wszechmocnego.


MIŁOSZ ANABELL vel BARTOSZ KONSTRAT

Wieczór. Wracam do domu z kina "Fala"

Zaczęło padać i utonąłem nagle w rzece żółtych parasoli. Ci smutni
ludzie o pociągłych i woskowych twarzach, to ich skakanie przez
labirynt kałuż - razem tworzyli

zwierzę poszarpane szpilami deszczu, powietrzem poskręcanym w 
sznury szyderczego wiatru. Zaczęło padać i utonąłem w morzu
walczących oddechów, stęchłych i płytkich jak dźwięki rozstrojonych

bębnów. Na rogu stała ta dziewczyna z wydętymi policzkami,
schowana w podcieniach i szumiąca jak rozstrojone radio, tuż za nią
dwa niczyje kundle splątały się, próbując chronić resztki ciepła.
Razem wyglądali jak scena

ze snu wariatki, która przez całe lato mieszka w opuszczonym,
pordzewiałym aucie, a na zimę gdzieś znika, może zamienia się
w ptaka, a może zasypia w kołysce zdradzieckiego czasu. Zaczęło
padać i zapomniałem, jak skończył się bułgarski dramat, który

właśnie widziałem. Oni tam również w deszczu odkrywali zdradę i
nazywali miłością te strzępy pragnienia , dzięki którym róże
zamieniają się w okrzyki ognia, w smocze oddechy, trujące
i uporczywe. Idź już, dziewczyno, pomyślałem, jeszcze chwila

i wchłonę cię, nakręcę cię na szpulę sepiowego filmu, zamienię twoje
życie w falę punktów zwrotnych, szalonych pasaży i scen
zmontowanych z dziwną nienawiścią, z pragnieniem szatkowania
losów i przyszłości. Idź, zaraz przesłoni cię

dywizja żółtych parasoli, a mrok wyświetli ekran napisów
końcowych. Ktoś mnie
napisał i teraz mnie prowadzi strużka opowieści, wyciekająca
z pęknięć w wodzie i w oparach światła, ktoś opowiedział miją
śmierć i echo

przyniesie ją znów do mnie, ułoży na progu zwiniętą w kłębek jak
bezdomne zwierzę.


BEATA KOŁODZIEJCZYK

ostrza (z)wielokrot(nio)nego użytku. kazanie

mam pełno obrazów, które nie trzymają się ścian. mury zapadłe
na amnezję, bo łatwiej zetrzeć ciepłą krew, niż o niej mówić. ej, wy
- kwity mieliście chronić przed poparzeniem, a od świtu do
zmierzchu wystawiane są nowe! mówisz - szkoda
gardła, ta cela jest zbyt ciasna dla nas dwojga. świńscy judasze wciąż
łypią na zgarbione plecy. powiedz tylko jedno słowo, a znów będę
twoim zerem.


JERZY WOLIŃSKI

Szekspir

Ojciec przyniósł kota.
Wyglądał jak globus.

Gruby i cały w plamach.
Na plecach - Wielka Brytania.
Na brzuchu Afryka.
Na każdej łapie Madagaskar.

Można go pokazywać w szkole
na lekcjach geografii - powiedziała babcia Stasia.

I na lekcjach rysunków - dodał dziadek Antoni.

Kot przylepił się do pieca
i zamiauczał sonet.
Potem drugi, trzeci i 34.

Głodny jest.
Z poezji nie wyżyjesz...
powiedział ojciec.

Damy mu na imię Szekspir.
Albo Petrarka.
Albo Albo.


foto: Mariusz Baryła/Graffiti Piotrków
link





5 komentarzy:

Natalia Zalesińska pisze...

Gratulacje :)

Bogumiła Jęcek pisze...

Dziękuję :)

Robert Ruszczyk pisze...

Pani Bogusiu. dawno już tutaj nie zaglądałem. Ale cieszę się, że spotkało Panią wyróżnienie w konkursie. Gratuluję ! Zastanawiam się jednak, dlaczego nie umieściła Pani tutaj własnego wiersza, pomiędzy dziełami koleżanek i kolegów po piórze ?
Wszystkiego Dobrego w Nowym Roku i oby wena zawsze Pani towarzyszką była !
Pozdrawiam.

Bogumiła Jęcek pisze...

Dziękuję :) umieszczę, ale nie teraz ;) Panie Robercie, samych radości w Nowym 2015 Roku, wszystkiego dobrego!

Robert Ruszczyk pisze...

Dziękuję i oczekuję na Pani wiersz >)