niedziela, 13 października 2013

"Mój wiek"

Nasz wiek, nasze wieki – można byłoby przez przypadki. Książka na topie, historia na topie, aż trudno uwierzyć w te tryby powtarzalności. Nic nowego przedtem i teraz? Gdybyśmy potrafili słuchać przeszłości, gdybyśmy potrafili… Pozornie bezpieczny świat. Do jakich wartości ucieka się w chaosie, czy ucieczka może być nieodwracalna w skutkach? Może. Wszystko kosztuje. Kto zapłaci najmniej? Kto jest potężny i czym jest potęga. Władza. Zbyt wielu ludzi czuje do niej słabość. Wszyscy chcemy być na górze? Nie. Chcemy tylko góry wypełnionej po sam wierzchołek mądrością godną jej sprawowania. Zaufanie – to tylko słowo?
 
BJ

Aleksander Wat „Mój wiek” (Fragmenty)

Po krótkich tym razem formalnościach wprowadzają mnie do celi. Jaka przestronna. Owszem, gęsto zaludniona, ale dla mnie tyle tu luzu po dziewięciu miesiącach wśród 28 na 11.2 m2 podłogi. Cieszę się na tę przestronność, na powietrze, dla mnie tak mało śmierdzące, na drewniane prycze, współwięźniów – rodaków. To Polacy i polscy Ukraińcy. Prokuratorzy, adwokaci, sędziowie, policjanci, poseł ukraiński (…). Historia ich była prosta. Wyłapani zaraz po wejściu Czerwonej Armii, zostali poddani jedynej zapewne w swoim rodzaju torturze: od roku przerzucano ich z jednego więzienia do drugiego. (…) Nigdzie nie zagrzali miejsca: krótkie postoje w zapluskwionych więzieniach, a jedno było gorsze od drugiego; tysiące kilometrów, tygodnie i tygodnie w bydlęcych wagonach, z plagą urków, o głodzie i o ileż gorszym pragnieniu (…), znienawidzili się wzajemnie jadowicie, śmiertelnie. Nawarstwienia edukacji  powykruszały się; dla mnie świadka, najbardziej monstrualne były właśnie jej szczątki, obrywki, co jeszcze pałętało się z dawnego decorum, podobnie jak krój jeszcze szykowny ich łachmanów. To: „proszę ja szanownego pana”, „czy pozwoli pan, że się przedstawię”, „czy zechce pan prezes łaskawie”, mdląca szarmanckość gestów i raz po raz wszystko to, raptownie, leciało na pysk w obelgi, wrzaski, histerie.

Koncept sowieckiego wesołka-sadysty? Może naszego wielkorządcy Chruszczowa? Czy może eksperyment pieriekowki dusz w warunkach laboratoryjnych: w jaki sposób w czasie rekordowym zniszczyć więź społeczną, rodzinną, korporacyjną, narodową? Jak normalnych, uczciwych, ucywilizowanych ludzi doprowadzić do zupełnego moralnego zdziczenia?(…) Na gnoisku Zamarstynowa wychowałem w sobie nienawiść i wstręt do polityki, do wszelkiej. Zobaczyliśmy jej dziobatą gębę, przyszła do starego wyrafinowanego miasta Lwowa z bolszewickich stepów, z moskiewskich nizin, sprawczyni naszych bied. (…) Już Novalis napisał słowa, które trafiają w samą pestkę dzisiejszych Aragonów i Sartreów: „W naszych czasach zdziczałej kultury, maksimum barbarzyństwa znajduje najgorętszych wielbicieli wśród największych słabeuszy… Ideał ten przekształca człowieka w bestię-ducha (Tier-Geist), hybrydę, której brutalny paradoks (Witz) fascynuje właśnie słabeuszy” (Philosophische Fragmente). W naszych czasach odpowiedział mu ostatni wielki poeta rosyjski, Aleksander Błok: „Przyglądaliśmy się wam (Zachodowi) … okiem życzliwym, póki mieliście twarz. A na gębę waszą popatrzymy naszym chytrym skośnym wzrokiem … Staniemy się azjatami i zaleje was Wchód.” … I zalał.


Brak komentarzy: